Witold Kozłowski (1930-2016) był wieloletnim członkiem Aeroklubu Włocławskiego. W latach 1965–1984 pracował jako etatowy instruktor modelarski, który wychował wielu modelarzy lotniczych, spośród których wielu trafiło do kadry narodowej. Aktywnie uczestniczył w pracach Zarządu Sekcji Modelarskiej.
Był jednym z inicjatorów reaktywacji Sekcji Modelarskiej Aeroklubu Włocławskiego w roku 1994. Do końca życia działał jako społeczny instruktor oraz konsultant tej sekcji. Uczestniczył w organizacji corocznych Modelarskich Mistrzostw Polski organizowanych przez Aeroklub Włocławski. Był Członkiem Klubu Seniora i do końca życia uczestniczył w życiu społecznym Aeroklubu Włocławskiego.
Poniżej, krótkie wspomnienie o Witoldzie Kozłowskim,
przygotowane przez naszego kolegę Wiesia Szubskiego.
Witold Kozłowski był również pasjonatem fotografowania
Wspomnienie o Witoldzie Kozłowskim (1930-2016)
Zapamiętałem opowiadania z czasów Jego młodości.
Zaraz po wojnie jako nastolatek, został zatrzymany przez funkcjonariuszy SB na ulicy 3 Maja do rutynowej kontroli. Znaleziono przy nim przedwojenne czasopismo z artykułem o bombowcu „Łoś”. Zabrano go do komisariatu, a tam biciem udowodniono mu, że przed wojną nie było samolotów polskiej konstrukcji.
W latach czterdziestych razem z kolegami zbudował, na prywatnej posesji przy ulicy Traugutta, samolot (nie model). Samolot został przeprowadzony ulicami miasta na lądowisko przy ulicy Kapitulnej. Obecnie znajduje się tam osiedle Małe Południe. Po uruchomieniu silnika okazało się, że silnik jest za ciężki i za słaby. Były nawet próby, żeby jeden z konstruktorów położył się w kadłubie, za pilotami (chyba dla zrównoważenia – przy. Red.). Na szczęście samolot nie wystartował co zapewne uratowało życie pilotowi.
Młodymi konstruktorami zainteresowały się władze miejskie i zostali wysłani do Technikum Lotniczego w Warszawie, czy gdzieś w okolicy. Kozłowski jednak szybko zrezygnował z nauki i wrócił do Włocławka, gdzie kontynuował swoją edukację. Pozostali związali swoja przyszłość zawodową z lotnictwem.
Witold Kozłowski całe swoje życie zawodowe przepracował we Włocławskich Zakładach Maszyn Rolniczych. Był konstruktorem oprzyrządowania, a nawet kierownikiem tego działu. Jednak prawdziwą jego pasją były lotnictwo i modelarstwo.
Miał bardzo wiele książek o tematyce lotniczej, głównie skrypty Wydziału Lotniczego Politechniki Warszawskiej. Zastanawiałem się jak one do niego trafiły, bo przecież nie studiował. Jego pasją było opowiadanie o historii lotnictwa, konstrukcjach samolotów, prowadził także obliczenia aerodynamiczne i wytrzymałościowe. Młodzieży uświadomię, że nie było kalkulatorów, używał więc wyłącznie suwaka logarytmicznego i ołówka.
Miałem kolegów, którzy w pracy byli jego podwładnymi. Opowiadali, że ich też męczył opowieściami i obliczeniami lotniczymi. Gdy byłem w wojsku prowadziłem z Witkiem Kozłowskim listowną korespondencję na tematy lotnicze i modelarskie. Kierownik Kozłowski, bo tak go wszyscy nazywali, prowadził modelarnię w swój bardzo specyficzny sposób. Modelarnia była otwarta codziennie, w niedziele i święta też, bo wielu starszych modelarzy miało klucze. Byli tacy modelarze, dla których modelarnia przy ulicy Żabiej była drugim domem. Witek Kozłowski przychodził prawie codziennie, ale tylko na 2 lub 3 godziny. Siadał za swoim biurkiem w magazynku i snuł opowieści lub wydawał materiały. Kiedy przybył nowy chłopiec, szedł do kierownika, został zapisany i otrzymywał zestaw „Jaskółki”. Kierownik praktycznie się nim nie zajmował. Nowy patrzył na to co robią inni i budował model z dyskretną pomocą starszych kolegów i dwóch instruktorów: Bogdana Janiaka i Józefa Jakubowicza, którzy rzadziej, ale często bywali w modelarni. Obecnie zastanawiam się czy takie podejście wynikało z celowo przyjętego stylu pracy czy z wygodnictwa. Modele nie zawsze były dobrze wykonane, ale taka praca uczyła większej samodzielności i zaradności.
Nie przypominam sobie, aby rodzice nawet tych najmłodszych bywali w modelarni. Zapamiętałem dziesięciolatka, który do modelarni przychodził ze skrzypcami. Zapytany po co ma skrzypce odpowiedział, że chodzi na lekcje muzyki a rodzice zabraniają mu przychodzenia do modelarni. Wychodzi więc wcześniej, biegnie do modelarni, popracuje przy modelu i biegnie na lekcje. Podobnie w drodze powrotnej. Nie wiem jaki muzyk wyrósł z tego chłopca, ale chyba większe szanse na sukces miałby w innej dziedzinie.
Witold Kozłowski nigdy nie budował modeli. Był jednak wielkim entuzjastą modelarstwa i lotnictwa. Mówił zawsze żartobliwie, że modelarze to inteligencja lotnicza.
Modelarnia była dla nas drugim domem. Niektórzy koledzy, na przykład Andrzej Wierzbicki, prawie mieszkali w modelarni. Tam odbywały się imieniny, modne w tamtych czasach prywatki, a nawet zabawy sylwestrowe. W modelarni była deska kreślarska, załatwiona prywatnie przez kierownika. Większość z nas uczyła się w technikach i na niej rysowaliśmy swoje rysunki i projekty szkolne. Często pomocą służył Pan Kozłowski, nawet z matematyki. Były tam też robione prace inżynierskie zaocznych studentów Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Bydgoszczy. Oczywiście „pod okiem” Kozłowskiego, chociaż on sam nie był inżynierem.
Kiedyś kolega podpadł w szkole. Groziło mu wydalenie. Pan Kozłowski udał się do szkoły i jako czynnik społeczny poręczył za modelarza czym załagodził sprawę. Mnie wyreklamował z pierwszego powołania do wojska z powodu ważnych zawodów modelarskich. Z perspektywy lat i moich doświadczeń podziwiam go jako instruktora. Nie pamiętam żadnych incydentów czy wypadków, chociaż modelarnia działała praktycznie codziennie i tylko pod dyskretnym okiem instruktorów.
Było wiele wyjazdów na zawody po całej Polsce – pociągami lub samochodem aeroklubowym. Bywały zaskakujące przygody, ale wszystko kończyło się dobrze. Jak kiedyś analizowałem losy około dwudziestu kolegów z tamtych czasów to: 6. ukończyło studia, 8. szkoły średnie a pozostali szkoły zawodowe. Wynikało to z tego, że w tamtych czasach na szkolenie lotnicze przyjmowano po maturze lub ucznia szkoły średniej. My wszyscy czuliśmy się przyszłymi lotnikami.
Po latach uświadomiłem sobie, że w Aeroklubie Włocławskim pracują: Grzegorz Sieradzki (szef mechaników), Bogdan Chełczyński (pilot, instruktor samolotowy), Grzegorz Wasiak (szef wyszkolenia) i ja Wiesław Szubski (instruktor modelarstwa). Wszyscy oni to „Chłopcy od Kozłowskiego”. Taki tytuł miał artykuł w Gazecie Kujawskiej opisujący sukcesy modelarzy włocławskich.
W latach 80. Witek zaprojektował ultralekki szybowiec z rur aluminiowych. Pamiętajmy, że były to czasy pionierskie dla takiego lotnictwa. Budował szybowiec wspólnie z modelarzami w modelarni przy ulicy Żabiej. Miałem nawet do niego pretensje, że odrywał modelarzy od modeli. Nie byłem świadkiem oblotu. Według Kozłowskiego szybowiec wspaniale poleciał ze wzgórza. Według innych nie było tak dobrze. Ważne, że nikt nie zginął. Po likwidacji modelarni na Żabiej wycofał się z czynnej działalności. Głownie z powodu choroby żony, która była niepełnosprawna i przez dziesiątki lat potrzebowała jego opieki. Zaglądał na lotnisko przy różnych okazjach. Bogdan Chełczyński zapraszał go na loty samolotem. Zawsze tęsknił za młodzieżą i modelarnią. Dyrektorowi Aeroklubu złożył propozycję, że poprowadzi modelarnie. Nawet po osiemdziesiątce, gdy spotykałem go w mieście, mówił tylko o lotnictwie, snuł plany i przedstawiał propozycje.
Zawsze palił i leczył się niekonwencjonalnie masażem dłoni. Gdy zmarł jako honorowego członka Aeroklubu Włocławskiego, odprowadził go sztandar i grupa „chłopaków od Kozłowskiego”, którzy w większości byli już dziadkami. Witek Kozłowski nie miał dzieci. Mógł więc poświęcać więcej czasu na działalność społeczną. Uważam jednak, że dla dobra ogółu zrobił bardzo dużo. Oczywiście nie był ideałem. Byli tacy, którzy wymawiali mu pewne sprawy, głownie „chomikowanie” balsy, innych materiałów i sprzętów, ale dzięki temu modelarstwo włocławskie istniało. Powiem nieskromnie, że i ja próbowałem w późniejszych latach kontynuować jego działalność. Przyszły jednak inne czasy, inne podejście do modelarstwa, inne zainteresowania młodych ludzi. A może po prostu zabrakło drugiego Kozłowskiego.
Od prawej: Witold Kozłowski, Janek Kozłowski, Wiesław Szubski